Tym razem bylo inaczej niz zwykle bo w przedziwny sposob ” dokonalem” podwojnej rezerwacji i kiedy sie zorientowalem … wszystkie bilety byly juz kupione ! Nie pozostalo nic innego jak przeprosic za zamieszanie i zaproponowac … polaczenie sil. Z jednej strony Pawel, ktory chcial nasycic swoja nowo nabyta milosc do metnookich, z drugiej Janek, Marek i Piotrek chcacy odpoczac od codziennego zametu.
Po przyjezdzie na miejsce, szybko wskakujemy w kombinezony, tradycyjny kieliszeczek ( doslowie jeden!!! ) … zeby sie lowilo, dobor sprzetu i … okazuje sie ze Piotrek to wedkarz absolutnie poczatkujacy, majacy niewielkie pojecie o spiningu, a juz wogule zadne o rzeczach takich jak opad i zacinanie “niemozliwych” sandaczy !
Coz bylo robic, pedzac “ogniem” na lowisko prowadzilem jednoczesnie kurs spiningowania, kladac nacisk na szczegolne trudnosci zwiazane z braniami metnookich, ich przedziwne zwyczaje itp, itp. Na miejscu rozdalem sprzet ” zawodowcom” a Piotra wzialem na dziob by mu pokazac jak sie rzuca no i oczywiscie jak prowadzic gume.
Nie musze chyba opisywac konsternacji na pokladzie gdy po kilku rzutach ( ryby nie biora i jak dotad wszyscy sa bez brania) Piotrek melduje : Mam !!! i wyholowuje pierwszego w zyciu sandacza. Oczywiscie natychmiastowe grtulacje, kilka fotek, rybka do wody i … porozumiewawcze usmieszki – prawo frajera zadzialalo !
Zeby skrocic opowiesc : Piotrek nie zostal krolem wyprawy, bo Marek zamknal wszelkie dyskusje wyciagajac przepieknego szczupaka, niemniej najwiecej sandaczy wyciagnal nie kto inny jak nasz “prawiczek” !
Oczywiscie towarzyska strona wyprawy byla niewatpliwym sukcesem, a kawal Marka o papugu przysporzy tony smiechu na kolejnych moich guidingach … i to moge Wam obiecac !!!


Leave a Reply