| |
Wędkarski Świat nr.07'2000
autor: Marek Szymański (Zastępca red. naczelnego WŚ) |
|
|
| |
ARCHIPELAG
NYNASHAMN
|
Kilkadziesiąt kilometrów od Sztokholmu,
zaledwie kilkaset kilometrów od Gdyni, jest kawałek
świata, w którym można doświadczyć wszystkiego czego
pragnie każdy wędkarz, w którym rzeczywistość będzie
piękniejsza od marzeń. Sześć dni to zbyt mało aby wyłowić
się na zawsze, wystarczy jednak aby na zawsze zapisać
w pamięci archipelag Nynashamn.
Trudno opisać to miejsce w sposób zrozumiały dla polskiego
wędkarza, nawet jeśli wyprawa do Nynashamn nie jest
dla niego pierwszym spotkaniem ze Szwecją. Z pomocą
przychodzą liczby - archipelag tworzy 27 000 wysp i
wysepek, tyle samo przesmyków i zatok, i niewiele mniej
zamkniętych wśród wysp morskich "jezior" o powierzchni
od kilkuset do kilkunastu tysięcy hektarów. Składają
się one na łowisko porażające swoim ogromem i fascynujące
różnorodnością. Ażeby opłynąć archipelag szybką łodzią
trzeba tygodnia, aby nie zgubić się w nim i nie rozbić
łodzi potrzeba lat pływania oraz znakomitej znajomości
nawigacji i obsługi GPS-u. I co najważniejsze - aby
poznać przynajmniej część tajemnic tego łowiska - trzeba
być na nim codziennie, co charakterystyczne jest dla
kompletnych wędkarskich wariatów... Minutę
od promu
Trzysta metrów od portu promowego w Nynashamn stoją
zacumowane łodzie.Jedną z nich jest łódź Tomasza Krysiaka
- monstrum napędzane dwustukonnym silnikiem może zabrać
na pokład czterech gości. Łodź rozwijaja prędkość ponad
czterdziestu węzłów i jest uzbrojona po zęby we wszelakie
urządzenia ułatwiające łowienie z kompletnym sprzętem
wędkarskim i "pływającymi" kombinezonami włącznie. Tomasz za punkt honoru postawił sobie świadczenie usług
wędkarskich na najwyższym poziomie i przy pomocy najlepszego
sprzętu. Firma zapewnia pełny serwis wędkarski, zarówno
wędkarzowi z własnym sprzętem jak i biznesmenowi, który
przyjedzie w garniturze i sprzętem w postaci telefonu
i szczoteczki do zębów.
Jechaliśmy do Nynashamn w mocnym i rozrywkowym składzie:
Andrzej Grabarczyk, Marek Kondrat, Wojciech Szymański,
Jacek Kolendowicz i niżej podpisany. Celem wyprawy,
oprócz wyłowienia się do imentu, było wykazanie wyższości
polskiej szkoły łowienia nad szwedzką. Nie wiem czy
nam się to udało. Wiem jedno - na tej wyprawie nie było
aktorów, prezesów, redaktorów i przewodników. Po jednym
dniu na morzu byliśmy po prostu przyjaciółmi.
Oring ponad wszystko
Przez pierwsze dwa dni nie mogliśmy przyzwyczaić się
do stylu łowienia narzuconego nam przez "gaidów"*. Wiosną
łowi się tu tylko trocie. Nasi przewodnicy pływanie
w tym okresie za "kaczymi ryjami" - jak wdzięcznie określał
szczupaki Tomek - uważają za profanację sztuki wędkarskiej
i stratę czasu. Tutaj do wędkarstwa podchodzi się w
sposób naturalny - niczego nie robi się na siłę. Zima
i wiosna to okres kiedy dobrze bierze troć, więć tylko
ją się łowi. W maju przychodzi czas łososiowego trollingu,
kiedy łowi się tylko łososie. Czerwiec i lipiec to już
czas szczupaka i okonia, z krótką przerwą na napełnienie
zamrażarki sandaczami, które traktowane są tu wyłącznie
konsumpcyjnie. Latem coraz częściej stosowaną metodą
połowu naprawdę grubych ryb wszystkich gatunków jest
pływanie z żywcem za stadami śledzi. Łowi się głęboko
(10-15 m) puszczając zestaw uzbrojony w żywego śledzia
nieco poniżej stada. Na śledzia biorą najgrubsze - dwucyfrowe
szczupaki, oraz podobnej wielkości trocie i sandacze.
Sierpień to jeszcze szczupak i okoń, natomiast we wrześniu
po pierwszych przymrozkach znów rybą herbową archipelagu
jest troć z "przyłowem" w postaci grubego szczupaka.
Najbardziej niechcianymi gośćmi czerpiącymi się trollingowych
zestawów na łososie są dwu-trzykilogramowe belony.
Podstawową metodą połowu czerwcowych sandaczy jest trolling.
W dobry dzień trudno jest obsłużyć dwie wędki na łodzi.
Łowi się na dziesięciocentymetrowe, głęboko nurkujące
woblery, prowadzone tuż pod łodzią. Sandacze biorą najczęściej
tuż po wypuszczeniu zestawu. Według zeznań Grzegorza
zdarza się złowienie kilkudziesięciu ryb w ciągu kilku
godzin. Aż strach pomyśleć, co można tu zdziałać z gumą.
Schemat łowienia wiosną jest prosty i na pozór dość
chaotyczny. W skrócie wygląda to tak: napływamy na trociowe
miejsce, wykonujemy w dryfie kilka rzutów - jeśli ryby
biorą to kilkanaście, następnie "rura" i zmiana miejsc,
znów dryf kilka rzutów i kolejna zmiana miejsca. Podczas
jednego gaidingu można w ten sposób obłowić kilkadziesiąt
miejscówek, przepływając przy okazji kilkadziesiąt kilometrów.
Ten styl łowienia dla nas - przyzwyczajonych do stacjonarnego
wypracowywania ryb - był na początku nie do przyjęcia.
Wydawało nam się, że takie skakanie po wodzie nie ma
sensu i może dać tylko przypadkowe efekty. Jednak po
kilku próbach skłonienia "gaidów" do pływania "po naszemu"
okazało się, że ich metoda przynosi znacznie lepsze
efekty. Ryby, jeśli były w łowisku i chciały jeść, brały
zawsze w pierwszych rzutach, toteż bardziej od dłubania
trudnych ryb opłacała się zmiana miejsca. Nie opłacało
się również ( i dotyczy to nie tylko ciągle wędrujących
troci ale również stacjonarnych szczupaków) obławianie
najlepszego nawet miejsca dzień po dniu. Często bywało
tak, że łowiliśmy szczupaki w miejscu, w którym poprzedniego
dnia była kompletna studnia, a nie łowiliśmy tam, gdzie
poprzedniego dnia było eldorado. Wyglądało na to, że
ryby w Nynashamn biorą zawsze - ale przy zmiennej pogodzie
codziennie w innych miejscach. Nawet "gaidowie" nie
potrafili do końca wytłumaczyć tego zjawiska, ale traktując
je jako rzecz naturalną i dysponując szybkimi łodziami
zawsze potrafili znaleźć ryby. Jedyną korektą jaką udało
nam się wymóc na Tomku i Grzegorzu było połączenie pływania
za trocią z szybkim szukaniem szczupaków. Po kilku dniach
spędzonych razem na wodzie dotarło do nas, że chaotyczność
szczupakowych i trociowych poszukiwań jest tylko pozorna.
W zależności od kierunku wiatru, temperatury i sobie
tylko znanych znaków na wodzie i ziemi przewodnicy dostosowali
trasę rejsu. Podczas naszej wyprawy trafiliśmy na bardzo
zmienna pogodę, toteż zmiana trasy następowała często
z minuty na minutę. Woda inna niż wszystkie
To co powyżej napisałem niema na celu gloryfikowania
umiejętności Tomka i Grzegorza. Staram się tylko przekazać
wyjątkowość tej wody nie mającej odpowiednika w naszym
kraju. Śmiem twierdzić, że nawet doskonały polski wędkarz,
który będzie chciał "zaoszczędzić" na przewodniku -
w Nynashamn nie połowi. Owszem - po kilku dniach pływania
z dużym prawdopodobieństwem rozbicia się na podwodnych
skałach znajdzie dobrą szczupakową zatokę, gdzie powędkuje
lepiej niż w Polsce, tyle tylko, że takie wędkowanie
w Archipelagu można porównać do łowienia okonków na
Morrum. Dodatkową zaletą tego regionu jest znikoma presja
wędkarska. Ogrom wody sprawia, iż pomimo dużej popularności
wędkarstwa morskiego w Szwecji prawdopodobieństwo spotkania
konkurencji na wodzie jest niewielkie. W każdym miejscu,
w którym się zatrzymaliśmy miałem świadomość, że łowię
na wodzie dziewiczej i nie ruszanej od tygodni. Może
właśnie dzięki temu, nie skute ryby reagują na spinningową
przynętę w pierwszych rzutach. Trochę
statystyki
Spędziliśmy sześć dni na wodzie, w tym dwa w ekstremalnych,
deszczowo - sztormowych warunkach. Połowę z tego czasu
szukaliśmy troci, prze drugą połowę polując na szczupaki.
Królem wyprawy został Marek Kondrat łowiąc szczupaka
o masie 8,20 kg. Poza nim metrowe szczupaki złowili:
Jacek Kolendowicz - 1 szt., Andrzej Grabarczyk - 1 szt.,
niżej podpisany - 2 szt. Szczupaków 2-4 kilogramowych
nałowiliśmy tyle, ile żyje w niezłym polskim jeziorze.
W trociach zwycięstwem podzielili się: Jacek Kolendowicz
- 3 szt. i Andrzej Garbarczyk - 3 szt., po jednej sztuce
złowili: Wojtek Szymański i Marek Szymański. Jeden z nas złowił czterokilogramową troć (wydarzenie to zostało już zapisane w oficjalnej historii
jako "Cud Nynashamn"). Ryba ta w połowie została zaliczona
Markowi Kondratowi, który przejął wędzisko
w chwilę po zacięciu. Gdy próbowaliśmy złośliwie zdyskredytować
jego sukces zripostował, że "od zacinania ma lokaja".
Przynajmniej drugie tyle ryb spadło podczas holu.
Złowiliśmy też kilkanaście pięknie wybarwionych okoni
od 1 do 1,5 kilograma. Wśród "gaidów" okonie cieszą
się zdecydowanie większym szacunkiem niż "kacze ryje",
toteż okoniowa zatoka była jedynym miejscem gdzie zatrzymaliśmy
się na dłużej. Opad na dryfie
Ponieważ morska troć była dla większości z nas - zwłaszcza
na początku wyprawy nieco abstrakcyjnym tematem - toteż
znaczną część czasu poświęciliśmy łowieniu, w którym
czujemy się nieco lepiej, tym bardziej, że szwedzkie
szkiery słyną w końcu głównie ze szczupaków. W temacie
kaczych ryjów współpraca z "gaidami" układała się znakomicie.
Szybko przekonali się, że ich pewne szczupakowe zatoczki,
w których łowią zębate zaraz po zakończeniu sezonu trociowego
teraz świecą pustkami i bez oporów wozili nas po miejscach
o wybranych przez nas parametrach. Miejsc tych w archipelagu
jest mnóstwo, pod warunkiem, że dysponuje się szybką
łodzią. Dla małej łódki bariera odległości pomiędzy
miejscówkami jest trudna do pokonania. Podstawowym parametrem
dobrego łowiska szczupakowego w kwietniu jest szeroki
pas trzcin z łagodnie opadającym szerokim stokiem o
głębokości do 4 metrów. Najczęściej były to zatoki z
niskimi brzegami. Duże szczupaki stały się zarówno w
samych trzcinach jak i na stokach. Łowienie ich poniżej
czterech metrów nie przynosiło żadnych rezultatów. Zimna
woda (1,5-3oC) studziła agresję szczupaków, które reagowały
głównie na opadającą przynętę, zupełnie ignorując klasycznie
prowadzone woblery, błystki i gumy. Największymi kilerami
okazały się kopyta, rippery aqua oraz duże twistery
Relaxa, a dopóki bardzo wiało (kiedy konieczne było
użycie bardziej obciążonej gumy) dobrze spisywały się
dwunastocentymetrowe rippery Mann's. Zbyt późno przypomniałam
sobie o malowanej pięciocalowej "rybce z duszą" Relaxa.
Założona na agrafkę pod koniec wyprawy, przyniosła mi
prawie siedmiokilogramowego szczupaka i największego
- półtorakilogramowego okonia. Trudno jednoznacznie
powiedzieć jakie kolory były najskuteczniejsze. Z reguły,
jeśli nie było brań w pierwszych rzutach, to zmiana
koloru też niewiele dawała, choć gwoli sprawiedliwości
trzeba stwierdzić, że z dryfującej łodzi rzadko udało
się oddać dwa rzuty różnymi przynętami w to samo miejsce.
Rzadkie momenty, w których udało nam się namówić "gaidów"
na rzucenie kotwicy potwierdziły niewielkie znaczenie
kolorów. Jedynie zmiana na motor oil skutkowała czasem
braniem szczupaka, który wcześniej nie miał ochoty na
pierwszą rzuconą w łowisko gumę.
Statystycznie rzecz biorąc, najwięcej ryb złowiliśmy
na kopyta białe i perłowe z zielonym grzbietem,
|
|
żółtego mann'sa
|
|
oraz twistery w zielono-brązowych tonacjach.
|
|
Skuteczną deską ratunku był, jak wspomniałem, motor
oil. Sądzę, że popularność kopyt z zielonym akcentem
wynikającym głównie z faktu, że z braku oryginałów malowaliśmy
gumy jednokolorowe, a zielony flamaster był jedynym
jakim dysponowaliśmy.
Wszyscy uczestnicy wyprawy do perfekcji opanowali ciekawą
metodę spinningowania, jaką jest łowienie z opadu w
dryfie. Kierunek rzutów, tor prowadzenia przynęty, optymalna
odległość łodzi od trzcin najlepiej bez zbędnych opisów
obrazuje rysunek poniżej.
|
|
Obciążenie gumy jest zalecanym kierunku rzutów jest podobne jak podczas łowienia na kotwicy i w naszym łowiskach wahało się w granicach 7-10 gramów przy żyłce 0,25mm. W końcowej fazie prowadzenia przynęty nie da się już w zasadzie zastosować opadu, więc lepiej jest wówczas szybko zwinąć żyłkę i wykonać ponowny rzut aby efektywnej wykorzystać krótki czas kiedy łódka przesuwa się wzdłuż trzcin. Podczas dryfu nie ma czasu ani potrzeby na jakiekolwiek modyfikacje sposobu prowadzenia gumy.
Najskuteczniejszy był prosty - kogutowy opad, przy czym skoki powinny być dość wysokie - ułatwia to wyczucie momentu opadnięcia gumy na dno przy szybko dryfującej łodzi.
Okonie łowiliśmy stojąc na kotwicy. Pasiaste nie brały z opadu - lub te brania nie były wyczuwalne na naszych trociowo - szczupakowych zestawach - lecz zżerały gumę leżącą na dnie. W momencie podrywania gumy z dna okoń już siedział, a gumy były zażerane pewnie i głęboko. ***
Choć większość ryb wróciła do wody, pozostały wspomnienia. Wracają one podczas oglądania fotografii, które łagodzą to co niemiłe. Nie widać deszczu i przenikliwego zimna, nie ma na nich śladu po dniu, w którym Kolendowicz "cwelił wodę"**, nie uwiecznione zostały nasze twarze zaraz po zerwaniu kolejnej troci. Ale na fotografiach nie widać też wszystkiego co wspomina się z uśmiechem. Nie widać momentów, w których przestaje się liczyć złowione ryby, tylko częściowo oddają one klimat surowych, czystych obrazów pozostawionych przez lodowiec, nie przekażą euforii po triplecie*** na łodzi Tomka, przyjemnego słonego bólu pociętych rąk, pełnego nadziei oczekiwania na wielką rybę, czy w końcu wieczornych - prowadzonych z niepowtarzalnych humorem - seansów telefonicznych,
podczas których Marek Kondrat podsumowując każdy dzień znęcał się nad Wiktorem Zborowskim za poświęcenie "takiej imprezy" dla pracy w teatrze. Chciałbym tam wrócić jak najprędzej.
* gaid - spolszczone określenie przewodnika wędkarskiego,
** "cwelić wodę" - siłą swojego charakteru spowodować całkowity zanik brań u siebie i u towarzyszy,
*** triplet - moment, w którym trzech wędkarzy na jednej łodzi holuje jednocześnie kilkukilogramowe ryby - zjawisko dość rzadkie w naszych wodach.
autor : Marek Szymański (Zastępca red. naczelnego WŚ)
|
|
|
|
|